Stanisław Pasoń: ze wsi na Wiejską! Z Sejmiku do Sejmu

"Wyborcy w naszym okręgu, od Gorlic przez Sądeckie po Podhale zasługują na swojego CHŁOPA w Sejmie. Nie jestem dygnitarzem w krawatce ani „spadochroniarzem”, jak liderzy innych list, nikt mnie nie przywiózł w „teczce”, nie zameldowałem się w Moszczenicy rok przed wyborami, tu się urodziłem, mieszkam, pracuję" - mówi w rozmowie z naszym portalem Stanisław Pasoń, numer 2 na liście PSL w okręgu 14.

Kandydat z Moszczenicy opowiada o swojej drodze życiowej, miłości do roli i tłumaczy dlaczego wybiera się na Wiejską, skoro przed rokiem został wybrany na radnego Sejmiku wojewódzkiego.
**
Co Pana skłoniło do kandydowania do Sejmu?
- Mam 55 lat. Jestem już nie młody, ale jeszcze nie stary. Nikt już mi nic nie może kazać, można mnie natomiast przekonać lub poprosić. Czuję się spełniony w życiu osobistym i zawodowym. Jesteśmy z żoną (lekarką) dumni z synów, wykształconych, dobrze radzących sobie w tym niełatwym przecież agrobiznesie. Dziadkowie byliby szczęśliwi, gdyby tego dożyli… Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Stary, ponadstuletni dom rodzinny Koronów (dziadków od strony mamy) i Pasoniów stoi do dziś. Na lewo od sieni izba z alkierzem, na prawo kuchnia i izdebka, w której, razem ze mną, wychowało się sześcioro dzieci plus rodzice i babcia. Do roboty przywykłem od dzieciństwa, pierwsze pieniądze zarobiłem jako chłopak dźwigając z Franiem Lekstanem półmetrowe worki z nawozami na stacji kolejowej w Starym Sączu, a potem sprzedając bydło i świnie na jarmarku. Dziś również wstaję wcześnie rano, przed śniadaniem obejdę gospodarstwo, włączę komputer, zajrzę do internetu, sprawdzę co nowego na portalu „Sądeczanin”, rzucę okiem na prognozę pogody i giełdowe notowania płodów rolnych, byczków i cieląt. Dzwonię po kraju, czytam fachowe książki. Przyjmuję nowożeńców zamawiających przyjęcia w naszym rodzinnym domu weselnym, cieszę się, że przychodzą do nas i to nawet spoza województwa. Swoje wesele chcą mieć tutaj – u CHŁOPA. Mam kilka fachów w ręku, służyłem w wojsku jeszcze przed stanem wojennym, podczas nauki w Technikum Mechanizacji Rolnej w Zbylitowskiej Górze trenowałem boks w tarnowskim Metalu nawet z niezłymi wynikami. Potrafię owcę przystrzyc, konia okuć, krowę wydoić. Dwa, trzy razy w roku koszę trawę (na ciągniku John-Deere) z 60-80 ha łąk na pochyłych górkach. Jak się przyłożę, to wykoszę półtora hektara na godzinę, następnie roztrzepię i zgrabię, a synkowie potem trawę prasują i zwożą. Mój ulubiony zespół, „Lachersi”, śpiewa: „Nie cieszą mnie brony, nie cieszą mnie kolca, nawet mnie nie cieszy gospodarka ojca!” U nas w rodzinie jest odwrotnie: cieszą nas brony, cieszy gospodarka…

… cieszy pana też, jak widać, polityka…
- Mile zdziwiłem się podczas ostatnich Dni Huculskich, gdzie zachwalał mnie publicznie senator Kogut, komplementował za dążenie do porozumienia i współpracy różnych środowisk politycznych. „Staszek, wstąp do PiS-u, drzwi otwarte”, mówił. No, ale ja, odpowiadam: „Panie senatorze, z całym szacunkiem, ale ja jestem od blisko czterdziestu lat ludowcem, nie skaczę z jednej partyjnej grządki na drugą, nie zmieniam szyldów mających wprowadzać w błąd wyborców. Proszę zauważyć, że tylko PSL ma Polskę w nazwie, ale też przede wszystkim w sercu. Z drugiej strony spotykam się z sympatią w środowisku silnej kiedyś lewicy, dziś w naszym regionie praktycznie nieistniejącej, a także słabnącej w oczach Platformy. Postaram się być takim „łącznikiem” na skłóconej okrutnie scenie politycznej, swojego rodzaju mediatorem między pozostającymi, jak widzimy, w śmiertelnym zwarciu Platformą i PiS-em. Jestem za normalnością, brzydzę się dość powszechnym teraz niezdrowym zacietrzewieniem, opluwaniem. PSL w przyszłym Sejmie potrafi uspokoić i zrównoważyć tę szaloną rywalizację. Polacy nie są skazani na PO-PiS…
Proszę nas bardziej przekonać do oddania na Pana głosu…
- Wyborcy w naszym okręgu, od Gorlic przez Sądeckie po Podhale zasługują na swojego CHŁOPA w Sejmie. Nie jestem dygnitarzem w krawatce ani „spadochroniarzem”, jak liderzy innych list, nikt mnie nie przywiózł w „teczce”, nie zameldowałem się w Moszczenicy rok przed wyborami, tu się urodziłem, mieszkam, pracuję.

Wielu kandydatów tak mówi…
- To prawda. Nikt ludziom tyle nie obieca, co kandydaci (obojętnie z jakiej partii) przed wyborami. Mówią też tak: jak się komuś tak „uczciwie” obieca, to nie trzeba mu dać, a nawet można mu zabrać! Gładkie słówka leją się strumieniami z różnych trybun, telewizji. Sam mam tego dość. I dlatego ja nie obiecuję, lecz pragnę przekonać ludzi swoją dotychczasową drogą życiową, która wcale nie była usłana różami. Chcę zachęcić do obdarzenia mnie zaufaniem moją wiarygodnością, dążeniem do kompromisu. Chyba nikt nie może mi zarzucić uczestnictwa w politycznych awanturach. Kto mnie zna, a obracam się w środowisku przedsiębiorców, rolników, hodowców, samorządowców od dziesięcioleci, ten wie, że nie zabiegam o zaszczyty, diety, stanowiska. Życie mam ustawione, dzieci odchowane. Jako poseł nigdy nie miałem żadnej funkcji płatnej. W latach 1993–1997 nie pobierałem żadnego uposażenia poselskiego, nie rozliczałem „kilometrówek”, nie jestem „bohaterem” taśm. Nie palę papierosów, nie piję gorzały, nie stać mnie na kosztowne zegarki, szanuję każdy grosz, nie szastam pieniędzmi. Popatrzcie na nieudane referendum. 100 mln zł poszło z dymem! Co za marnotrawstwo! Tylko PSL wołało o odwołanie tego nikomu niepotrzebnego głosowania. Szkoda, że nie posłuchano tego głosu rozsądku.

I to wystarcza, żeby zamienić mandat radnego Sejmiku Małopolskiego na mandat poselski?
- Nie jestem nowicjuszem, ja już w Sejmie byłem, i zdaniem wielu ekspertów, był to najlepszy okres w rozwoju kraju po transformacji ustrojowej. Owszem, nie mieliśmy wtedy jeszcze funduszy unijnych, ale sprawy polskie szły w dobrym kierunku. Obecne, roczne doświadczenie w Sejmiku, też jest dla mnie bardzo przydatne. Ponownie odwiedziłem dziesiątki gmin w naszym regionie, mam codzienny kontakt z realnym życiem, na targowiskach i w gospodarstwach. Znam każdą gminę w dawnym województwie. W przyszłym Sejmie – oprócz profesorów, doktorów, prawników i ekonomistów – powinien zasiadać CHŁOP, taki jak ja, realnie patrzący na życie, nie zza biurka, niemizdrzący się do telewizyjnej kamery. Na Sądecczyźnie mieliśmy w przeszłości takich chłopskich posłów – Potoczków, Ciągłów, którzy są dla mnie wzorem do naśladowania.

No, dobrze, ale wyborca sympatyzujący z PSL ma jeden głos, czemu akurat ma postawić krzyżyk przy pańskim nazwisku, a nie przy Dutce, Barnasiu czy Nalepce?
- Bardzo szanuję tych panów, ich dorobek i walory. Bodaj jako jeden z nielicznych na swojej ulotce umieściłem nazwiska wszystkich kandydatów z naszej listy nr 5. My, w PSL, nie zwalczamy się między sobą, jak to się dzieje w innych ugrupowaniach, gdzie największym wrogiem jest kolega z listy, a nie rywal z konkurencyjnego ugrupowania. Ja z pokorą doceniam mądrość wyborców. Liczę, że popatrzą na człowieka i jego dotychczasowe życie, a nie na deklaracje i hasła na kosztownych bilbordach. Życzę moim kolegom jak najlepszego wyniku, wierząc jednocześnie, że mój wynik nie będzie gorszy.

No, dobrze, ale co zrobi CHŁOP jak przegra wybory?
- Jak to co?! Ubierze gumiaki, pójdzie do obory…, potem włączę komputer, zajrzę do internetu itd.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Henryk Szewczyk

Źródło: Sadeczanin.info