Wywiad dla Gazety Krakowskiej

To ja, Pasoń, chłop z sądeckiej wsi. Rolnik, polityk, Polak, biznesmen

Jeśli ktoś z chłopa drwi, to najwyżej pseudomieszczuch, który dopiero co ze wsi się wyprowadził, słoma mu jeszcze z butów wystaje, ale o swoich korzeniach już zapomniał - twierdzi Stanisław Pasoń, polityk PSL z Moszczenicy Niżnej. Z Marią Mazurek rozmawia o kondycji polskiej wsi, o tym, czy chłopi są roszczeniowi i po co kosić trawę sąsiadom. 

 

 


(…) Nie zgrywam się, nie udaję kogoś, kim nie jestem. Jak w latach 90. zostałem posłem, napisałem sobie na wizytówce „chłop”. Ludzie pukali się w głowę, ostrzegali: pół Warszawy będzie z ciebie szydziło. I wie pani co? Nikt nie szydził. No, najwyżej pseudomieszczuchy, które dopiero co wyprowadziły się ze wsi, słoma im jeszcze z butów wystaje, ale o swoich korzeniach już zdążyli zapomnieć. Tu, na mojej wizytówce, proszę czytać: „Tradycja jest twoją godnością, twoją dumą, twoim szlachectwem, synu chłopski”. To moja dewiza, a słowa Władysława Orkana. Powiedział je tyle lat temu, a wciąż tak aktualne. Jeśli mamy szacunek do siebie i do swoich korzeni, to i inni będą nas szanować.

Czy rolnicy nie są zbyt roszczeniowi?
Myślę, że jeśli komuś dziki zniszczyły uprawy, to należy mu się pomoc. Jeśli niektórzy rolnicy stracili źródło dochodu, bo eksportowali całość swojej produkcji jabłek czy mięsa na Wschód, a Rosja wprowadziła embargo na polskie produkty, to też należy im przecież jakoś pomóc.

(…) Żądania odgórnego ustalania cen skupu mleka albo zakazu importu zboża z innych krajów mogą irytować inne grupy zawodowe.
Dlaczego?

Chociażby dlatego, że nie na tym wolny rynek polega, żeby państwo ustalało, za ile mleczarnie mają skupować mleko.
To niech mi pani wskaże europejskie państwo, w którym wolny rynek funkcjonuje w czystej postaci. Gdzie nie ma tej ingerencji państwa, w rolnictwie i innych dziedzinach. Niemcy chłopom dopłacają, Francja chłopom dopłaca, Hiszpania też. Bo tak rozumiana ingerencja państwa sprzyja stabilizacji cen i gospodarki. Pytanie tylko, gdzie postawić tę granicę ingerencji. Żeby to nie poszło w absurd: w jedną albo drugą stronę.

Wie Pan, co ludzi z miast denerwuje? Że rolnicy wyjeżdżają na drogi krzyczeć, jacy są poszkodowani i jak wymagają pomocy, ale krzyczą to ze swoich supernowoczesnych traktorów z klimatyzowanymi kabinami za jakieś abstrakcyjne kwoty.
Chłop chłopu nierówny. A niektórzy politycy chłopieją na czas wyborów. Jeśli pani się przejedzie po sądeckich wsiach, zobaczy pani, ile tu biedy. Polska wieś zmienia się na lepsze, ale jednak tę biedę wciąż widać. A wie pani, ile jeszcze straciliśmy na zakazie uboju rytualnego? Po tysiąc złotych na każdą sztukę bydła. A przecież to straciła nie tylko wieś, ale i miasta, bo ci rolnicy kupowaliby nowe pralki, lodówki. Przez takie lekkomyślne decyzje polska wieś rozwija się wolniej, niżby mogła. Tylko że na drogi wyjeżdżają niekoniecznie ci, którzy tej pomocy od państwa naprawdę potrzebują. Niektórzy wyczuli w tym szansę na zaistnienie w polityce (…)

To ile tej biedy jest na wsiach? Procentowo.
Najpierw musielibyśmy ustalić, co to jest bieda. I czy ta bieda znaczy to samo, co dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Bo nie znaczy. Unia Europejska i my, chłopi, zmieniamy obraz polskiej wsi na lepsze. Gospodarstwa rozwijają się, rolnicy dostają dopłaty. Młodzi mogą wyjeżdżać na Zachód, byleby mieli dowód w kieszeni. Nam, gdy byliśmy młodzi, coś takiego nawet się nie śniło. Stąd, z Sądecczyzny, wyjeżdża mnóstwo osób. Coś mogę na ten temat powiedzieć, bo prowadzimy dom weselny. I gdy młodzi zamawiają u mnie przyjęcia, to ja się ich pytam: A gdzie wy mieszkacie? I od większości słyszę, że mieszkają za granicą. A to w Niemczech, a to w Danii, w Szwecji.

To dobrze?
Z jednej strony nie, bo jak syn z ojcem się nie widzi, to jest wielki dramat. Ale z drugiej, te podróże dużo dają. Młodzi wyjeżdżają na Zachód, podglądają, jakie tam są rozwiązania w gospodarstwach. Uczą się. Potem tu wracają - bo oni jednak chcą wracać - i wdrażają je tutaj, na swojej ojcowiźnie. Ale największa zmiana w polskiej wsi to ta kulturowa.

Czyli?
A jakby się pani zakochała w chłopie, to wyprowadziłaby się pani na wieś?

Mam auto i komputer, więc chyba bym sobie na tej wsi jakoś poradziła.
No widzi pani. A jak 30 lat temu moja żona, kobieta wykształcona, lekarz stomatolog, wychodziła za mnie za mąż, ludzie nadziwić się nie mogli. I jej, że chłopa ze wsi za męża bierze, i mnie się dziwili, że lekarkę sobie tu sprowadzam. „Pasoniówka jest już spisana na straty, bo młody bierze sobie za żonę babę, która nie umie krowy wydoić” - plotkowali.

Żona nauczyła się w końcu doić krowę?
Ależ skąd. Po co? Tylko widzi pani - jakby pani za chłopa wychodziła, to nikt by się już nie dziwił, a i pani różnicy by wielkiej nie poczuła. Zmniejsza się dystans między wsią a miastem. Także dystans mentalny.

Czemu Pan na wsi został, skoro żona wykształcona? Mogliście się przecież przenieść do miasta.
Bo najgłupsze z dzieci musiało zostać na ojcowiźnie. Zostałem więc ja, bo siostry i brat bardziej wykształceni. Żartuję. Lubię żartować, bo mam dystans do siebie. Chociaż ziarno prawdy w tym jest, bo ojcu zawsze wydawało się, że przyjdą spółdzielnie, że gospodarkę nam zabiorą i przestrzegał nas: Uczcie się, to szansa na lepszą przyszłość.

Niezbyt Pan chyba słuchał, bo edukację zakończył na technikum.
A jednak mi się poszczęściło, prawda? Zająłem się po szkole najpierw sadownictwem, potem hodowlą. Założyłem duże zakłady mięsne, od zera do trzystu pracowników. Później je straciłem, popadłem w poważne kłopoty. Również finansowe. Dlatego doskonale wiem, reprezentując chłopów w polityce, co to znaczy życie, co to znaczą problemy. Ludzie mało dziś z sobą rozmawiają, mało dzielą się problemami. Dziś to żaden wstyd iść do psychiatry czy psychologa, ale sąsiadowi się wyżalić, to już hańba. Dawniej chłop do chłopa poszedł wieczorem, nawet na tego kielicha, wygadał się, podzielił problemami. A sąsiad mu mówił: E, Zbyszek, ty się nie przejmuj, ja też mam problemy. I jakoś ludzie zdrowsi byli.

Dziś jest inaczej?
Dziś gdy krowa wejdzie komuś na posesję, to sąsiad z sąsiadem załatwia to przez telefon komórkowy. Takie czasy. Dawniej, kiedy moja ciotka na ,,Batorym” popłynęła do Ameryki i tam jej się zmarło, to trzy miesiące minęły, zanim myśmy się o tym w ogóle dowiedzieli. A dziś jeśli ktoś na drugim końcu świata ma katar, to zaraz można się tego dowiedzieć z portalu w internecie.

Pan nie lubi tego nowoczesnego świata? Uważa, że to gorszy świat?
Uważam, że inny. I lepszy, i gorszy. Dawne już nie wróci. Trzeba być nowoczesnym, czerpać z teraźniejszości to, co dobre. Ale nie zapominać o korzeniach, o tradycji, o tym, skąd się pochodzi. Widzi pani tę parzenicę w mojej kurtce? Kurtka porządna, ale parzenicę ręcznie wyszyła mi pani Jasia Janc-Faron z gminy Łącko. Wszystkie kurtki i marynarki mam tak wyszyte. I na szczęście coraz więcej ludzi myśli tak samo. Kiedy ponad 30 lat temu zakładałem góralskie spodnie, byłem jedyny w okolicy. Młodzi patrzyli na mnie jak na dziwaka, bo oni woleli modne i nowoczesne dżinsy. A dziś młodzi coraz częściej wracają do tradycji, coraz silniej akcentują swoje wiejskie pochodzenie. Widzę to po moim synu, Romku, który skończył SGGW w Warszawie. Wykształcony, zdolny chłopak. Światowy. Dawniej trochę się wstydził, że jest ze wsi, a dziś chodzi z dumnie wypiętą piersią. Zna języki, do Austrii i do Włoch jeździ kupować cielęta. Podobnie drugi syn, Tomek. Teraz to głównie oni gospodarkę prowadzą, dom weselny i naszą spółkę handlującą bydłem. Ja im tylko pomagam. Na synów przepisałem wszystko. Niech już teraz się wykażą, a nie czekają na moją śmierć (…) teraz wiodą na gospodarce prym i pracują tu ciężej, niż ja. Choć i ja pracuję ciężko, przed obowiązkami się nie migam.

Ile macie hektarów?
70. Ale wie pani, koszę też pola sąsiadów. Tych po jednej stronie naszej roli, i tych po drugiej. Sam traktorem jeżdżę. Ludzie po wsi mówili potem: To już musi być źle u Pasonia, że traktorem jeździ po polach innych. A ja się po prostu z sąsiadami umawiam, że skoszę im te pola, za fatygę ja wezmę siano, a oni dostaną dotacje - bo musi być przecież skoszone, żeby dotacja przysługiwała.

Dlaczego sąsiedzi sami sobie tych pól nie koszą?
Jeśli ma się dwa czy trzy hektary, to rolnikiem się jest tylko z nazwy. Z takiego kawałka ziemi wyżyć się nie da. Politycy - w tym niegdyś PSL, muszę to przyznać - nie mieli odwagi powiedzieć tym ludziom, że z tak małej ziemi nie utrzymają się. Trzeba to powiedzieć głośno i wyraźnie.

Chłoporobotnicy są jeszcze na wsiach?
Chłoporobotnicy, chłoponauczyciele, chłopouczeni, chłopopracownicy. Bo tacy ludzie, z tymi trzema hektarami, mogą sobie co najwyżej dorobić do pensji, hodując kilka krów czy owiec. Albo wędząc kiełbasę u sąsiada.

A jeśli ktoś ma trzy hektary, a innej pracy nie ma?
To na pewno ciężko mu wiązać koniec z końcem.

To jaka jest nadzieja dla takich ludzi oprócz szukania pracy poza wsią?
Myślę, że agroturystyka, wypoczynek na wsi. Wieś musi się przecież zmieniać. Stawiać na tradycję, ale i na to, co nowe. Na rozwój. Nie chodzi mi o to, by chłopi zakładali trzy- czy czterogwiazdkowe hotele, bo ich jest mnóstwo na całym świecie. Ale powinni zapraszać ludzi na prawdziwą wieś, żeby poznali trochę jej smak, pojeździli na koniach, a jeśli mają ochotę - nauczyli się doić krowę, przerzucać siano, obsługiwać traktor. Ile pani dziś radości sprawiło obcowanie z tym młodziutkim barankiem, którego pani pokazałem? Albo z moimi hucułami?

No, niemało.
Takich mieszczuchów posiadających w sobie jakiś rodzaj tęsknoty za naturą, za prostym życiem, jest przecież znacznie więcej. Wie pani, ja to sobie lubię o wsi trochę pofilozofować. Ktoś kiedyś powiedział, że siły byka i mądrości chłopa jeszcze nikt nie zmierzył. Chłop musi mieć portki, w portkach i w głowie. I taki z miasta jak przyjedzie, dużo może się od chłopa nauczyć.
(obszerne fragmenty wywiadu Stanisława Pasonia z Marią Mazurek dla „Gazety Krakowskiej”)